guess who’s back, back again

Odkąd zaczęłam być z Rafałem prawie przestałam pisać. Nie wiem dlaczego. Może nie chce wiedzieć, dlaczego.

Ale ostatnio często wracam myślami do piętnastoletniej i szesnastoletniej siebie. Kiedy trochę inaczej myślałam o wszystkim. Byłam tak wspaniale naiwna. Byłam pewna, że kiedyś w życiu będzie łatwiej. Byłam pewna, że gdy będę miała 21 lat, będę już wiedziała wszystko. Na pewno, że będę miała poukładane życie. Na pewno, że nie będę mieszkała już z rodzicami. Że będę miała nad wszystkim kontrolę, kiedy w rzeczywistości miałam jej wtedy więcej niż teraz. Wydawało mi się, że kontrola nad swoim czasem i pieniędzmi to wszystko, czego potrzebuję.

Chyba najbardziej boli mnie, że wcale nie zrobiło się łatwiej i że z czasem będzie tylko trudniej. Za parę lat będę wracała myślami to tego okresu i zazdrościła sobie, jak łatwo miałam. Tak ja zazdroszczę 15-letniej Ewelinie, jak łatwo miała.

Szkoła chroni Cię przed całym światem. Szkoła chroni Cię przed odpowiedzialnością za siebie, swoją przyszłością, swój byt. Szkoła chroni Cie przed rzeczywistością, przed minimalną pensją krajową, przed tym, jak świat jest niesprawiedliwy. W szkole mogłam pomyśleć sobie, że to niesprawiedliwe, że ktoś dostał wyższą ocenę i ma drogie buty, teraz myślę sobie, że to niesprawiedliwe, że ktoś dostał od rodziców mieszkanie i nie będzie musiał martwić się nigdy w życiu o 30-letni kredyt.

Z drugiej strony, oczywiście, jak miałam 15 lat, byłam zajebiście nieszczęśliwa. Dużo bardziej niż teraz. Teraz właściwie… chyba jestem szczęśliwa. Chyba. Trudno powiedzieć w tym morzu niespełnionych oczekiwań wobec siebie i innych oraz pragnień, które zawsze będę mnie otaczały nie ważne jak będę się cieszyła swoim życiem.

6 lat temu nie byłam szczęśliwa. Przecież wystarczy przeczytać, wszystko jest tutaj napisane. Jesienią i zimą 2010 roku byłam w bardzo ciemnym miejscu. Jedyne, co powstrzymywało mnie przed poważnym myśleniu o samobójstwie to nadzieja. Ta nadzieja, że kiedyś będzie lepiej, że to niemożliwe, żebym była tak nieszczęśliwa przez całe życie.

Co by się stało gdyby nie ta nadzieja? Praktycznie nie rozmawiałam wtedy ze swoimi rodzicami, wściekła cały czas na nich, że nie ułatwiają mi i tak trudnego okresu, i oni wściekli na mnie, że tak się zmieniłam, że nie jestem taka sama jak gdy miałam 10 lat, że zamykam się w swoim pokoju i mam ich całkowicie w dupie. Nauczyciele nie wchodzili w ogóle w grę. Nawet o nich nie pomyślałam przez sekundę. To banda ludzi, którzy nienawidzą swojej pracy. Nawet jeśli lubili ją na początku, system szybko zgasił ich entuzjazm.

Pocieszenia szukałam w moich przyjaciółkach, które były wtedy bezużyteczne. Nie ma co ich winić, same miały 15 lat i swoje rozterki i nie miały pojęcia, jak postępować ze swoją załamaną koleżanką. Skąd niby miały wiedzieć? Nikt wtedy o tym nie mówił.

Dopiero parę lat po tym wszystkim zaczęło się mówić głośno o zdrowiu psychicznym. Że jest taka choroba jak depresja i leczy się ją jak każdą inną chorobę. Tumblr stał się rajem dla smutnych nastolatek, krzycząc z każdej strony, że to normalne, jak się czują.

Szkoda, że nie było tak w 2010 roku. Potrzebowałam tego, żeby ktoś, ktokolwiek, powiedział, napisał mi: to jest w porządku. To jak się czujesz. To minie. I nie jesteś sama, takich dziewczyn jak Ty są tysiące, miliony na całym świecie. To normalne, że czujesz do siebie taki wstręt, że nie możesz patrzeć na siebie w lustrze, że masz czasami ochotę zedrzeć z siebie skórę. To normalne, że masz wrażenie, że nie pasujesz już do swoich rówieśników. To normalne, że pewne rzeczy nie sprawiają Ci już radości.

Gdybym spotkała 15-letnią siebie to bym jej powiedziała. I do tego: dziewczyno, masz PCO. Wszystko, czego w sobie nie lubisz jest wynikiem choroby a nie Twoją winą. Na większość twoich kompleksów jest jakaś rada. Do reszty się przyzwyczaisz albo nawet zapomnisz. Twój chłopak będzie miał to i tak w dupie. Będzie całował Cię po Twojej bliźnie i mówił Ci, że jesteś piękna.

Chciałabym też dorwać siebie gdy miałam 16 lat i powiedzieć sobie: zerwij z Mateuszem. Już nie będzie lepiej. Zrywając z nim nie stracisz żadnych cudownych chwil spędzonych razem. Przynajmniej nie takich, które by były warte całego cierpienia. Zerwij z nim dużo szybciej niż faktycznie miałaś zamiar to zrobić. Dobrze zrobiłaś, że zaczęłaś z nim być. Dobrze, że pozwoliłaś mu pocałować się po raz pierwszy i zabrać na pierwsze randki i poczuć pierwsze motyle w brzuchu. To były cudowne chwile, na które zasłużyłaś, ale teraz już bycie z nim przyniesie Ci tylko morze łez i rozczarowań, nic więcej. Więc gdy tylko zacznie Cię traktować źle, zerwij z nim. Nie bój się, że sobie nie dasz bez niego rady, bo dasz. Nie bój się, co myślą inni. Nie bój się, że wróci to jak się czułaś rok wcześniej, bo już nigdy nie wróci. Nie bój się, że zostaniesz sama, bo nie zostaniesz. Nie tym razem. I nie bój się, że nie przestaniesz go kochać, bo przestaniesz.

Chociaż, to prawda, na zawsze zostanie w Twoim sercu. Może gdybyś właśnie zerwała z nim wcześniej, nie wrył by się w nie tak bardzo.

Gdy w końcu zerwałam z Mateuszem, myślałam, że cały proces „odkochowywania się” jest dosyć prosty: masz w swoim sercu ranę, która prędzej czy później się goi i za jakiś czas, też szybciej lub nie, jakaś inna osoba wskakuje w to samo miejsce. I albo znowu zadaje Ci ranę, albo zostaje w nim do końca.

Otóż nie. Nosisz ranę w sercu, która powoli się goi i jest powoli spychana przez inne sprawy w twoim życiu – ale nigdy całkowicie nie znika. A gdy zakochujesz się po raz kolejny, ktoś dostaje zupełnie inny kawałek w twoim sercu.

To zabrzmi głupio, ale nie spodziewałam się tego. Myślałam, że Rafał dostanie ten sam kawałek co dostał Mateusz, ale tak się nie stało. A co jeżeli Mateusz dostał lepszy, tylko dlatego, że był pierwszy?

Praktycznie go teraz nie widuję. Podobno przytył i nie robi nic ciekawego ze swoim życiem. Rok temu, kiedy akurat kończyła się sesja zimowa, widziałam go na stacji jakieś 4 dni pod rząd. To było bardzo dziwne, szczególnie biorąc pod uwagę, że znajdowałam się na niej o różnych porach dnia. Ale za każdym razem go widziałam. Ostatniego dnia gdy schodziłam na dół na perony i zobaczyłam jego plecy przed automatem biletowym stanęłam na środku schodów nie wierząc co widzę.

Przeszłam obok niego i nic nie powiedziałam, chociaż on pewnie mnie wtedy zauważył. Mówimy sobie cześć tylko gdy idziemy na przeciwko siebie, składamy sobie formalne życzenia urodzinowe na facebooku i lajkujemy zdjęcia na których pokazujemy światu swoje nowe niebieskie włosy.

Siedziałam na bardzo nudnym wykładzie i stwierdziłam, że już tak dłużej nie mogę, więc przefarbowałam sobie włosy na niebiesko, okej? To była jedna z najlepszych decyzji jakie podjęłam odkąd skończyłam liceum. Może moje życie jest bardziej skomplikowane i trudne niż było 6 lat temu, ale przynajmniej wychodzę na imprezy kiedy chce, kupuje sobie alkohol kiedy chce, i farbuje włosy na nie do końca akceptowany przez społeczeństwo kolor kiedy chce.

Napisałam ten post w nadziei, że jednak wrócę do pisania. Jak nie tu, to gdziekolwiek indziej.

wracam z dokładną analizą mojej leniwej dupy

Na czym polega praca w sklepie na jednym z największych dworców kolejowych w Polsce? Na pewno nie na sprzedawaniu produktów, które oferuje mój sklep. Zdecydowanie bardziej na podawaniu informacji i rozmienianiu pieniędzy. Ale tego ostatniego nie robimy, bo „niestety nie możemy otworzyć kasy bez żadnej transakcji”. Pracuję tutaj niewiele ponad miesiąc, a już to jest najczęściej powtarzane przeze mnie kłamstwo w życiu, zaraz obok „Nie jestem smutna, tylko zmęczona”. Chociaż w tym drugim przypadku kłamię tylko połowicznie, bo przeważnie jestem smutna i zmęczona.

To wszystko moja wina, to zmęczenie. Sama doprowadziłam się do tego stanu. Kiedyś oglądałam taki program o otyłych ludziach. Mówię tu o wagach powyżej 200kg, gdzie wpływała ona znacząco na zdrowie i ludzie stawali przed wyborem „albo schudniesz, albo umierasz”. Robili z nimi wywiady, a oni się załamywali, że nie wiedzą kiedy to się stało, że powinni zacząć się odchudzać wcześniej, kiedy jeszcze było za późno, ale tego nie zrobili, i teraz już po ptakach.

Oczywiście nie mają racji, specjaliści z programu odmieniają ich życie i dają nadzieję, że znowu będą zdrowi i szczęśliwi.

Tak czy inaczej ze mną jest tak samo. Z tym, że ja w genach (thanks dad) dostałam w spadku najlepszy metabolizm na świecie. Dlatego od 8 lat ważę tyle samo, chociaż powinnam z 40kg więcej. Oczywiście nie narzekam, wręcz przeciwnie, żyjąc w społeczeństwie w jakim żyjemy, nie mogłabym prosić o nic innego.

Jedyny problem jest taki, że jestem leniwą dupą i w ogóle o siebie nie dbam. Jedyny lekarz do jakiego chodzę to ginekolog – przerzuciłam się na niego z dermatologa, po tym jak w delikatny sposób powiedziała mi, że ona sobie ze mną nie poradzi, więc to pewnie hormony. Niewątpliwie miała rację – więc teraz zamiast cery leczę sobie jajniki (#teamPCO).

Mój nieaktywny i niezdrowy tryb życia nie doprowadził do problemów z wagą, ale do jakichkolwiek brak sił do czegokolwiek. Całe życie jestem zmęczona i chce mi się spać. Nie ważne ile będę spała – będę niewyspana. Kiedy muszę pobiec do pociągu mam potem zadyszkę przez całą trasę do domu. Kiedy posprzątam pokój nie mam potem siły na nic przez cały dzień. Poza tym wypadają mi włosy, mam cały czas rozdwojone paznokcie i znoszę alkohol dużo, dużo gorzej niż kiedyś.

W przypływie paniki (przeważnie po myciu włosów i zorientowaniu się ile ich mi wypada) podejmuję jakąś mega ważną decyzję dotyczącą mojego zdrowia. Oto kilka z nich:

  • przestałam słodzić herbatę
  • przestałam solić kanapki i czasami zastępuję margarynę białym serkiem
  • przestałam brać środki przeciwbólowe za każdym razem gdy boli mnie głowa (nie łamię się w 3/4 przypadków)

Czasami po prostu boli mnie za bardzo, a ja wiem, że za 5 godzin muszę wstać i zaczynam panikować, że się nie wyśpię (jeszcze bardziej niż bym się normalnie nie wyspała). Jeśli naprawdę bardzo mnie boli od paru godzin, a ja spróbowałam alternatywnych metod przeciwbólowych (odejście od urządzeń elektronicznych, masowanie skroni, wypicie herbaty, otworzenie okna w celu „wdychania świeżego powietrza”) i nie pomogły – wtedy mam zielone światło. Ale potem mam wyrzuty sumienia gdy myślę o swojej wątrobie, która ostatnio i tak jest biedna i na 3, 4 piwa reaguje jak kiedyś na pół litra wódki.

Niestety, te diametralne zmiany nie pomogły. Nadal czuję się jak gówno.

A przecież mam najlepsze predyspozycje żeby żyć zdrowo i dawać przykład innym! Po pierwsze: lubię sport. Naprawdę go lubię. Problem w tym, że to jedyna dziedzina życia, którą wolę wykonywać w towarzystwie. Uwielbiam siatkówkę, koszykówkę, piłkę ręczną, ale też wszystkie aerobiki i inne pilatesy gdzie jakaś laska każe grupie innych lasek skakać aż mają dość wszystkiego. Ale nie mam z kim grać w siatkówkę, a na takie zajęcia grupowe mnie nie stać. Wychodzi mi w takim razie bieganie, którego akurat nienawidzę, bo nie widzę w nim żadnego sensu, poza tym szkoda mi moich kolan (możecie się domyśleć w jakim są stanie od ciągłego siedzenia).

Być może są jakieś inne formy sportu, ale ja jestem zbyt leniwa, żeby nad nimi pomyśleć.

Dodatkowo ostatnio dużo mniej piję (wątroba wybrała za mnie) i przestałam palić. Nigdy w sumie nie paliłam, ale zdarzało mi się na imprezach, albo kiedy ktoś bardzo miło mnie poczęstował. Jednak od kiedy pojechałam w tamtym roku z Rafałem na wakacje podczas których wypaliłam prawie paczkę (smakowe papierosy wydawały mi się dobrym pomysłem), dostałam jakiegoś wstrętu i teraz trudno mi wytrzymać nawet gdy ktoś przy mnie pali.

I to nie jest tak, że ja nie lubię zdrowego jedzenia. Wielu poszczególnych produktów, tak. Ogólnie jestem niejadkiem i nie dyskryminuję niczego, ani tego dobrego, ani tego złego jedzenia. Nie lubię też chipsów, galaretek i hot dogów. Niestety też jogurtu naturalnego, oliwek i buraków. Moja babcia nigdy tego ostatniego nie przeboleje.

Lubię zdrowe jedzenie. Jakby ktoś mi je codziennie szykował z uśmiechem przerzuciłabym się na zdrową dietę.

Jaka z tego wszystkiego konkluzja? Jestem leniwą dupą i wszystko w moim wnętrzu gnije.

To koniec na dzisiaj, za 20 minut kończy mi się zmiana, a nie chcę żeby moja zmienniczka zobaczyła, że spędzam czas w pracy pisząc posty na swoim starym, zapomnianym blogu, a nie na Facebooku jak każdy normalny człowiek.

w Warszawie nie ma gwiazd

Malutki balkon, lodowata podłoga, w oddali krajobraz centralnej Warszawy z Pałacem Kultury w roli głównej. Chłodna, nocna bryza, żadne z nas nie ma na sobie spodni, chociaż obojgu jest zimno. Dwa plastikowe ogrodowe krzesła, dwa ciała z podkulonymi nogami.

W Warszawie nie ma gwiazd. Są latarnie, neony, świecące okna w wieżowcach i blokach oraz przede wszystkim, dwa zapalone papierosy. Sami tworzymy własne gwiazdy.

Słyszę ruch samochodów kilkadziesiąt metrów pode mną. Karetkę na sygnale. Ballady lat 80. dolatujące zza drzwi od balkonu. Jeszcze dalej dudnienie pobliskich klubów. Oraz żarzący się papieros. Szum wypuszczanego dymu w powietrze. Wydaje mi się, że słyszę nasze bijące serca, ale może tylko mi się wydaje.

Wstaję, stawiam stopy na zimnej podłodze. Podchodzę do barierki i patrzę w dół. Miniaturowe samochody przepuszczają na miniaturowym przejściu miniaturowych pieszych. Ta mrówka jest tak naprawdę tylko psem prowadzonym za smyczy.

- Hej! Nie wychylaj się tak!
Uśmiecham się, gaszę papierosa o barierkę i wrzucam go do zapalniczki na parapecie. Podchodzę do drzwi i odwracam się. Rafał patrzy najpierw na moje gołe nogi, potem na moją twarz, wstaje i wchodzi do naszego mieszkania za mną.

Zanim zamknie drzwi do końca, da się jeszcze usłyszeć jak mówimy „ale syf” w tym samym czasie i z tym samym zgorszeniem w głosie.

Za 10 minut zacznie padać deszcz.

I’m a princess cut from marble,smoother than a storm
And the scars that mark my body, they’re silver and gold
My blood is a flood of rubies, precious stones
It keeps my veins hot, the fire’s found a home in me
I move through town, I’m quiet like a fight
And my necklace is of rope, I tie it and untie

Kiedyś.

dlaczego jestem szczęśliwa i dlaczego chyba nie

Jestem w dziwnym stanie, mam wszystko, a jednocześnie nie mam nic. Wiele osób może sobie marzyć, żeby mieć to, co mam, a jednocześnie patrzyć z politowaniem na moje życie.

Bycie z Rafałem oznaczało stracenie jakiejś części siebie – może na zawsze, może tylko na okres kiedy jesteśmy razem. Wiedziałam o tym i godziłam się na to, było to zresztą nic w porównaniu do wszystkiego, co on mógł dać – i daje – mi. Czasami brakuje mi tej części siebie, chociaż na pewno nie może to się równać z tym, jakby brakowała mi Rafała, gdyby go ze mną nie było.

Rafał zdaje się nie zmienił się w ogóle odkąd jesteśmy razem. Cały czas pełno w nim pasji do wielu rzeczy, jest takim samym człowiekiem, jakim był, gdy go poznałam. Potrafi znaleźć czas i motywację na wszystko, na co chce znaleźć czas – i to jest coś, czego zawsze mi brakowało, a po zostaniu jego dziewczyną, zabrakło mi jeszcze bardziej.

Ale Rafał nie jest szczęśliwy. Ja jestem szczęśliwa. Wystarczył mi do tego on, Justyna, Olka i ładne ściany w pokoju. Rafał albo ma chujową dziewczynę, albo jest bardziej skomplikowany niż ja, bardziej głęboki niż ja, myślący więcej niż ja, mniej płytki niż ja i jemu potrzeba do szczęścia trochę więcej. Prawdopodobnie to drugie, ale nie wykluczone, że w drogę wchodzi też pierwsza opcja.

Czasami wydaje mi się, że on nie wie, że jest szczęśliwy. Chyba ma za duże oczekiwania co do wszystkiego. Nie zdaje sobie sprawy, jak ma wiele rzeczy, o których ja mogłabym tylko pomarzyć. Czasem staram mu się to uświadomić, w końcu niczego tak nie pragnę, jak jego szczęścia. Ale ja nie dorastam do jego poziomu, nie sądzę, że cokolwiek co do niego powiem może zmienić zdanie.

On jest po prostu ode mnie lepszy. Pod wieloma, wieloma względami. Tak dobrej osoby nie spotyka się dwa razy. I wiedziałam już o tym pierwszej nocy, której go poznałam.
Chyba właśnie dlatego jestem szczęśliwa, bo jestem z najlepszą osobą, jaką znam. Łup szczęścia, którego w sumie mam sporo w życiu, a i tak konsekwentnie nie wykorzystuję.

Chcę odnaleźć z swoim życiu pasję, chcę być zmotywowana do zrobienia czegokolwiek więcej niż spotkania się z Rafałem. Chcę mieć hobby, chcę je rozwijać, problem w tym, że po prostu mi się nie chce. Chce mi się przebywać z Rafałem. Chce mi się rozmawiać z Rafałem. Chce mi się poznawać Rafała, dotykać go, chłonąć go, spędzać z nim resztę życia. Ale to chyba nie wystarczy, nawet jeżeli teraz mi mam wrażenie, że tak.

Nie byłam zawsze taka. Pamiętam jak byłam pełna energii, chciało mi się wszystkiego, a nawet jak mi się nie chciało, potrafiłam znaleźć motywację, żeby to zrobić. Teraz nawet nie potrafię się pouczyć do najważniejszego egzaminu w moim życiu. Pozwalam tylko rozgościć się temu kłującemu poczuciu winy, które najwyraźniej czuje się u mnie jak u siebie. I nie dziwi mnie to wcale.

Coś po drodze poszło nie tak. Dlaczego pomimo tego, że jestem szczęśliwa, jestem taka nijaka? Czy to ludzie, których spotkałam, rzeczy, na które się natknęłam? Czy to fakt, że Mateusz mnie tak zranił, moja obsesja na punkcie Roba, która pożarła moje nastoletnie lata, ten okres w 3 gimnazjum, kiedy codziennie ze smutku płakałam w poduszkę? Czy życie nauczyło mnie, że trzeba być nijakim, żeby być szczęśliwym? A może ja sama oszukuję siebie, że jestem szczęśliwa? I dlaczego nie znam odpowiedzi na to pytanie?

Próbowałam się oprzeć na kimś, albo na czymś, innym niż Olka, Justyna i Rafał, ale to nigdy nie zdawało egzaminu. Zawsze kończyło się rozczarowaniem, bo coś spieprzyłam, albo coś spieprzyło się. Nie były to straszne uczucia, ale kuły mnie lekko w serce. Zamykałam się z powrotem w swojej bańce, w której uważam, że nie potrzebuję do szczęścia niczego poza kochającym chłopakiem i wiernymi przyjaciółkami.

Mam nadzieję, że mam rację. Boję się, że kiedyś to może nie wystarczyć.
Ale hej, jestem szczęśliwa, czy nie właśnie o to chodzi?

Check-up

Sprawdzam, czy pisanie postów na telefonie jest możliwe bez rzucania nim o ścianę. Oraz przy okazji chce wam dać znać co u mnie. Tyle, że wszystko bez zmian. Rafał jest nadal kochany, a ja się nie uczę do matury, chociaż ta coraz bliżej. Problem w tym, że nie jestem w stanie NIE przebywać z Rafałem. Po prostu nie jestem. Wystarczy jeden dzień bez niego, a nie chce mi się żyć, mam zwalony humor, generalnie zachowuje się, jakbym miała pms.

Nawet nie chcecie wiedzieć co się dzieje, jak mam pms ORAZ nie mam Rafała koło siebie. Dużo łez, dużo słodyczy i milion scenariuszy w głowie jak mój chłopak może mnie zdradzić, chociaż jest ostatnią osobą, która mogłaby to zrobić. Teraz też go przy mnie nie ma, ale czuje się w miarę dobrze bo ostatnią noc spędziłam u niego i było cudownieee. Nie byliśmy sami, więc nie myślcie sobie nie wiadomo czego, po prostu sam fakt, że mogłam zasnąć i obudzić się przy nim był wspaniały. Nie żeby to była nasza pierwsza wspólna spędzona noc, ale po prostu jest ich zdecydowanie za mało.

Za jakiś czas Rafał przeprowadzi się koło mnie, do bloku leżącego 200m ode mnie. Wyjdę na ulicę i będę go widziała. A potem dwie minutki i jestem już u swojego chłopaka i życie jest wspaniałe. W sumie teraz też nie narzekam, mam jakieś 15 minut, ale to jednak nie to, co posiadanie Rafała za swojego sąsiada.

Na razie tyle, ja jestem bardzo szczęśliwa, może jeszcze dam znać co u mnie na jakiejś nudnej lekcji, bo tych zdecydowanie nie brakuje. No i jak nie zdam matury, wtedy też się pochwalę jak potrafię sobie spieprzyć życie. Stay tuned!

just to stay alive

Budzę się, czy dzisiaj idę do szkoły z Rafałem? Nie? Idę spać dalej. Moja mama mnie budzi, mówi, że za 30 minut ósma, wstaję, chociaż doskonale wiem, że nawet nie będę starała się zdążyć, idę nie zjeść całego śniadania, wypić już zimną herbatę, ubrać się za zimno na temperaturę panującą w szkolę i zrobić sobie krzywą kreskę na oczach. Wychodzę zdecydowanie za późno, jest mi cholernie zimno i torba mi spada z ramienia. Muzyki nie słucham, bo nie mam na czym. Jest cicho i mroźno, słychać tylko moje dyszenie, kapie mi z nosa, oczywiście zapomniałam chusteczek.

Brak muzyki zagłuszam sobie nadmiernym myśleniem. Rafał, Rafał, Rafał… Rafał jest kochany. W szkole spędzimy długą przerwę. Będę mogła się przytulić do jego bluzy, albo jeszcze lepiej, koszuli. Zrobił tyle kochanych rzeczy… kupił nam bilety do teatru na gwiazdkę, żebym mogła zobaczyć Żebrowskiego na żywo! I niedługo się spotkamy i będziemy razem leżeć, i będzie nam ciepło – nie to co mi teraz – i wszystko będzie w porządku. Uśmiecham się do siebie, od marszu robi mi się cieplej, może dzisiejszy dzień nie będzie taki zły? Wystarczy przeżyć dzisiejsze lekcje. Mina mi od razu marnieje, przecież dzisiaj są jeszcze korki. Zaczyna mi się robić gorąco, po cholerę założyłam swój strój eskimosa? Przecież wyglądam w nim idiotycznie. Do szkoły jeszcze tak daleko, droga ciągnie się w nieskończoność, dlaczego mieszkam na jakiś zadupiu?

Do szkoły doczłapuję się spóźniona nawet na drugą lekcję, w szatni nawet nie śpieszę się z przebraniem, co teraz mam? Polski, jak zwykle. Pewnie trzeba było coś przynieść, pewnie trzeba było coś umieć, pewnie trzeba było coś przygotować, mam to w dupie, idę na drugie piętro gdzie mam lekcje męcząc się przy tym jakby chodziło o dziesiąte. Puk, puk, dzień dobry, przepraszam za spóźnienie, babka nawet na mnie nie patrzy, przyzwyczajona do mojej frekwencji, upewnia się tylko, że w dzienniku zostało zaznaczone, że punktualna dzisiaj nie byłam. Siadam koło Edyty, ona trzyma w ręku swój telefon, a w nim tekst, który trzeba było na dzisiaj mieć. „Już myślałam, że nie przyjdziesz”, mówi z uśmiechem. Były momenty, że sama tak myślałam i żałuję, że jednak nie zostałam dzisiaj w łóżku. Jest mi zimno, jestem tak śpiąca, że ledwo utrzymuję otwarte oczy przed bazyliszkowatym wzrokiem nauczycielki gadającej cały czas o tym samym i już odczuwam pierwsze skutki nie zjedzenia pełnego śniadania. Nie słucham tego co się dzieje w ogóle, tylko Rafał, Rafał, Rafał.

Dzwonek – wybawienie. Było coś zadane z matmy? Było. Cholera, nawet nie chce mi się przepisywać. Jeszcze jedna lekcja przed długą przerwą, jak ja wytrzymam? Justyna idzie korytarzem, jej blond loki jak promyki słońca rozświetlają tą bardzo ponurą szkołę (tandetne sformułowanie, ale prawdziwe). Uśmiecha się do mnie, przybija mi piątkę, co tam bluszcz? Idę z nią pod jej klasę i ta przerwa jednak nie jest taka tragiczna.

Ledwo daję radę przeżyć następną lekcję, ale potem mamy długą przerwę – NARESZCIE! Siadam przy grzejniku na przeciwko łazienek, najbardziej romantycznym miejscu jakie udało nam się znaleźć w tej szkole, czekam na Rafała. Niech już przychodzi, jest mi zimno, dopiero po dłuższym trzymaniu dłoni przy kaloryferze można powiedzieć, że jest grzane w szkole. Rafał wychodzi z łazienki, uśmiecha się, na chwile wszystko jest w porządku, dopóki jakiś dziwnym zrządzeniem losu 25-minutowa przerwa mija w 10…

All the people on the planet
working 9 to 5 just to stay alive
how come?

Nie jest tak źle jak piszę – bo Rafał – po prostu mam pms.

halo

Ej, ja bym naprawdę chciałabym częściej pisać, problem w tym, że jakoś nie mam kiedy. Wiecie… matura. To na pewno matura. Zdecydowanie nie Rafał.

Ja pierdolę, co ten Rafał wyrabia, nadal jest tak samo kochany i wspaniały, a leci już nam trzeci miesiąc. Wydaje mi się, że powoli, bardzo powoli, ale jednak, uczymy się jak połączyć fakt, że jesteśmy razem i zdajemy maturę w tym roku. Ostatnio nawet udało nam się przebywać w tym samym pokoju i się uczyć! Dacie wiarę? Ja tam nadal nie dowierzam, ale powinnyśmy to częściej powtarzać.

Mimo wszystko, moje oceny nie zmieniły się od ostatniego postu. Właściwie to samo, tylko więcej pał. Ostatnio było zebranie, ale nie powiedziałam o nim mamie, taka jestem zła. To było dla mojego dobra, jeszcze zabraliby mi komputer and Rafała.

Właśnie wróciłam z Warszawy, gdzie byłam z (kto zgadnie z kim? no kto zgadnie?) Rafałem (gratulacje, celny strzał!) bo chłopak chciał sobie kupić bluzę i spodnie i z jakiegoś powodu chciał zrobić to ze mną. Było fajnie, chociaż nogi napierdalają mnie jak cholera, bo na tą jesień dowaliłam sobie buty na naprawdę wysokim koturnie. Mam chłopaka z 194cm, to mogę szaleć.

Wy wiecie, że ja nie zwracam uwagi na wygląd, ale wzrost Rafała jara mnie tak bardzo, że aż sama jestem zdziwiona. Tak samo myślałam o masie mięśniowej aż pewnego razu zobaczyłam go po raz pierwszy od dłuższego czasu w samej koszulce i padłam na miejscu. Odwiedzanie siłowni trzy razy w tygodniu jednak robi swoje.

Już czuję, że przekroczyłam dozwoloną dawkę pieprzenia o Rafale minimum trzy razy. Plusy są takie, że tego bloga nikt nie czyta, więc nie muszę się martwić o straconych czytelników. ŻYĆ NIE UMIERAĆ, czy w bardziej współczesnej wersji, HASHTAG YOLO. Jestem teraz bardzo szczęśliwym człowiekiem, tyle wam powiem. Ostatnio byłam tak szczęśliwa w Londynie, chociaż też chyba nie aż tak jak teraz. Teraz… to szczęście jest takie pewne. Nie muszę się bać, że wszystko się skończy za godzinę albo jak wrócimy do Polski. Wiem, że to będzie trwało, może nie wiecznie, ale jeszcze przez dłuższy czas. To naprawdę zajebiste uczucie. Warto było przecierpieć te wszystkie miesiące z i po Mateuszu, żeby teraz docenić to dwa razy bardziej.

Takie rzeczy. Wiecie, że nawet już wiem co zrobić jeśli nie dostanę się na filmówkę ANI kognitywistykę? Pójdę sobie na geografię po prostu. A potem meteorologia i będzie fajnie. Widzicie, nawet nie muszę się martwić o przyszłość jeśli przymknie się oko na fakt, że pewnie i tak nie zdam matury.

Matura… nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo mam już dość tego słowa. A najgorsze jest to, że to dopiero początek. Co ja biedna pocznę w jakimś marcu? Albo umrę, albo będę tyle razy chodziła do maca żeby się odstresować, że zbankrutuję i i tak umrę na jakąś chorobę serca, bo będę taka gruba. Uwierzcie albo nie, ale zdecydowanie wolę tą drugą opcję. Umówiłabym się z Justyną kiedy dokładnie umieramy, ale ta ostatnio zrobiła się jakaś odpowiedzialna, zaczęła myśleć o swojej maturze i UCZY SIĘ CODZIENNIE, OD PONIEDZIAŁKU DO PIĄTKU! Co to ma być, ja się pytam? Zostałam sama na tym świecie z nieodpowiedzialnym unikaniem rzeczywistości poprzez siedzenie przed komputerem i obżeraniem się niezdrową żywnością za zbyt wysoką cenę. A jeszcze we wrześniu usłyszałam od Justyny zdanie, które tak cudowanie nas podsumowało: „Przepraszam Ewelina, że nie mogę iść z tobą to maca, ale nie wiedziałam, że musisz na jutro tak dużo zrobić”. Bezcenne słowa, bezcenne.

To oczywiście tak pół żartem, pół serio. Moja przyjaźń z Justyną ma się bardzo dobrze. Niedługo mamy zamiar oglądać całą noc wszystkie Harry Pottery i pić wino. Ja nawet nie lubię Harrego Pottera, ale i tak nie mogę się doczekać.

A TERAZ – rozpoczynamy cykl „Rafał ma mnie owiniętą wokół palca”!
(Myśleliście, że nie wrócę już do tego tematu? Ha, złudne wasze nadzieje!)

Oto lista rzeczy, o których myślałam, że nigdy ich nie zrobię, ale Rafał mnie do nich przekonał:

  1. STANĘŁAM NA WADZE
  2. POWIEDZIAŁAM RAFAŁOWI CO NA NIEJ ZOBACZYŁAM
  3. OBEJRZAŁAM HORROR (no, nie do końca. Zaczęliśmy oglądać horror, potem się trochę rozproszyliśmy)
  4. weszłam do zakładu bukmacherskiego
  5. pozwalam mówić na siebie Ewcia. EWCIA!
  6. LUBIĘ, jak Rafał mówi na mnie Ewcia!
  7. nie no na serio, co się dzieje na tym świecie?

Wiecie co? Chyba już kończę, bo zacznę pieprzyć jeszcze większe głupoty o Rafale. Za jakiś czas dam wam znać co u mnie. Albo nie.

Let the world keep its carnival pace
I prefer to look into your beautiful face
What a waste

mam przyszłość i Rafała

Końcówka wakacji była jak sen na jawie.

Dzień po ostatnim poście, który opublikowałam, powiedziałam rodzicom, że idę nocować u Olki, spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy, zostawiłam je u niej w domu i wyszłam z Rafałem spędzić z nim całą noc. Już wtedy funkcjonowaliśmy trochę jak para, ale to właśnie wtedy, 20 sierpnia, wszystko przypieczętowaliśmy.

Dlatego końcówka wakacji była taka piękna. Było cały czas jeszcze ciepło, nie musiałam się martwić maturą ani wyborem studiów, miałam w pamięci świeże wspomnienia z Krakowa i codziennie wieczorem wychodziłam z Rafałem. Spotykaliśmy się w tym samym miejscu co zawsze, a potem za rękę chodziliśmy na pewien plac zabaw, który sobie upatrzyliśmy. Jest tam domek, dla dzieci oczywiście, w którym przesiedzieliśmy wiele godzin chętnie zapominając o tym, co nas niedługo czeka. Raz pojechaliśmy na działkę Olki i o mój Boże, co za wspaniała była to noc. W ostatni weekend wakacji nasza koleżanka miała urodziny, na których pojawiliśmy się i my oboje, i Olka, i Justyna. I chociaż sama osiemnastka nie była nie wiadomo jak bardzo fajna, mając wtedy koło siebie Rafała i dziewczyny (oraz trochę promili we krwi) poczułam się najszczęśliwszą osobą pod słońcem.

A potem… skończyły się wakacje.
To było jakby dostać w twarz młotkiem. Rzeczywistość spadła na mnie tak mocno, że nadal huczy mi głowie. Matura, przyszłość, kierunki studiów, babka od geografii zaczyna na serio traktować lekcje, wypracowania z polskiego będą teraz co miesiąc i miły sprawdzianik z geometrii analitycznej na początek. Nie dopuszczam do siebie, że to się dzieje naprawdę, nadal wychodzę z Rafałem wieczorami, jadę z nim jeszcze dwa razy na działkę do Olki, chodzę na jego koncerty (och te życie dziewczyny gwiazdy rocka) i przede wszystkim nie uczę się w domu. Efekty? 1 i 2 z matematyki, dwie pały z geografii, jedna z polskiego. Żyć nie umierać! I nadal nie mogę się zmobilizować. Niby coś tam próbuję (bardziej udaję), niby zaczęłam chodzić na dodatkową matematykę dwa razy w tygodniu, niby jakoś wypełniłam tą deklarację maturalną, nawet wiem na jaki kierunek studiów iść, ale wciąż jedyne o czym myślę to kiedy i gdzie spotkać się z Rafałem, co teraz robi Rafał, co mu powiedzieć jak się spotkamy, o czym ostatnio gadaliśmy, co mi ostatnio pokazał, a co będziemy mogli robić, a co by było gdyby Rafał zrobił to, a co gdyby tamto.

RAFAŁ. JEST. TAK. BARDZO. WSPANIAŁY.
Niezaprzeczalne dowody są takie: raz otworzyłam mu drzwi do mojego domu, żeby zobaczyć go stojącego z CZEKOLADOWYM UŚMIECHEM w ręku. Jakby to było mało, dzisiaj minęłam go na korytarzu w szkole, ten powiedział, że coś dla mnie ma, otworzył plecak, w którym był BIC MAC!!! PIEPRZONY BIC MAC!!!

Moje kubki smakowe bez wątpienia bardzo kochają Rafała, ale moja dusza – jeszcze bardziej.

Aż musiałam przerwać pisanie i zaśmiać się na głos z tego jak głupie jest ostatnie zdanie. Och, ja, wybitna pisarka jak zawsze, 3+ z wypracowania nie chodzi piechotą przecież.

Chociaż to prawda. Rafałowi nie boję powiedzieć się prawie niczego. I tak wie już o większości żenujących faktów z mojego życia, chociaż jakim cudem one go ode mnie jeszcze nie odstraszyły, nie mam pojęcia. W ogóle nie wiem, dlaczego on ze mną chce być. To chyba najbardziej wartościowy człowiek jakiego w życiu spotkałam. Jest w nim tyle szczerej pasji do tak wielu rzeczy, a tak bardzo mało egoizmu. O ile Mateusz taktował mnie jak szmatę, Rafał traktuje mnie o wiele lepiej niż na to zasługuję.

A skoro jesteśmy już przy porównywaniu Rafała z Mateuszem, tak sobie myślę, że z Rafałem przez te półtora miesiąca spotkałam się już dwa razy więcej niż z Mateuszem przez cały rok. Właściwie to może nawet trzy razy więcej, cholera wie. Widziałam się z moim chłopakiem już pięć razy w tym tygodniu, sześć licząc dzisiaj, to chyba o czym świadczy.

Dokładniej o moich beznadziejnych ocenach, he he he.

Jeżeli jeszcze nie zaczęliście rzygać od tego nadmiaru słodkości, kontynuuję.
Najważniejsze jest to, jak bezpiecznie się przy nim czuję. Nie tylko dlatego, że ma 194cm i chodzi trzy razy w tygodniu na siłownię. To tak jakby jego ramiona potrafiły osłonić mnie przed całym złem tego świata.

CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE, walę tandetnymi gadkami dwa razy częściej niż zwykle. Wybaczcie.

Chociaż przez ten cały czas siedzi we mnie lęk, że Rafał zrobi mi coś takiego jak Mateusz. Pomimo tego, że jest to głupie i całkowicie niemożliwe i nie daje mi on żadnych powodów, żeby tak myśleć, ta myśl wciąż mnie przeraża. Chociaż sam Mateusz gówno mnie już obchodzi, jakiś ślad po tym co zrobił jak widać został. A ja zdaję sobie sprawę, że gdyby Rafał zrobił coś takiego jak on, mogłabym już nie dać sobie rady.

Na szczęście, nie dominuje to nade mną jakoś szczególnie, zresztą trudno żeby miało, kiedy Rafał jest taki wspaniały.

Naprawdę głupio się czuję pisząc ostatnie słowa, ale nie wiem jak mam inaczej to ująć. Rafał jest wspaniały i mam największe szczęście na świecie, że z nim jestem.

Dobra, dosyć tych słodkości. Porozmawiajmy o mojej przyszłości, tematu, którego właściwie od gimnazjum unikałam jak ognia. Plan A jest taki, że idę na filmówkę w Łodzi i montuję filmy szczęśliwa do końca życia. Wczoraj byłam na dniu otwartym i otworzyło mi to oczy na wiele spraw. Na przykład na to, że wcale nie jest AŻ TAK trudno się dostać. Dowiedziałam się, że na 12 miejsc na montażu, chętnych jest tylko 50-60! Wystarczy, że będę lepsza od maksymalnie 48 osób, to nie jest aż takie niemożliwe i to mnie przeraża. Całe życie byłam przekonana, że dostać się na filmówkę jest równie trudno co do Cambridge, Oxfordu albo Harvardu. Że złożę, żeby nie było, że nie próbowałam, ale nie mam na co liczyć. Dlatego nigdy nie zastanawiałam się nad tym, co by było gdybym faktycznie się dostała. Nie myślałam o tym, że będę musiała się wyprowadzić do tego, bądźmy szczerzy, niezbyt pięknego miasta i zacznę być zdana tylko na siebie. Że będę musiała zostawić tutaj wszystko i wszystkich, zostawić mój kochany pokoik, który tak bardzo kocham, zostawić moje miasto, ZOSTAWIĆ JUSTYNĘ, OLKĘ I RAFAŁA.

To jest właśnie to, co mnie najbardziej przeraża. Wyjazd do Łodzi będzie pewnie równy ze stracenie z nimi kontaktu, a jest to coś, co mnie dosłownie przeraża. Gdyby mi teraz przyszło bez nich żyć, pewnie bym umarła. Nie sądzę, żeby wiele się zmieniło za parę miesięcy.

Nie ukrywam, że najbardziej obawiam się o stratę Rafała. Moja przyjaźń z dziewczynami przeżyła zmianę szkoły, może dałaby radę przeżyć coś trudniejszego. Ale związki na odległość nie działają tak dobrze. I niby nie powinnam traktować Rafała tak poważnie, w końcu jesteśmy razem niecałe dwa miesiące, równie dobrze możemy nie wytrzymać ze sobą razem do świąt, a co dopiero do października następnego roku. Mimo wszystko czuję, że to jest coś, co będzie trwało i jeżeli za rok znowu z nim będę, jestem pewna, że będę musiała stanąć przed wyborem między filmówką a byciem z kimś, z kim mogłabym być już całe życie.

I pewnie wybiorę to pierwsze, bo tak będzie rozsądnie, poza tym stwierdzenie, że moglibyśmy skończyć razem do końca życia jest zdecydowanie zbyt naciąganie. Może pobylibyśmy razem parę lat, potem byśmy zerwali, a ja bym sobie pluła w brodę do końca życia, że nie wybrałam wtedy montażu. Tak czy inaczej, opuszczając Rafała będzie mi naprawdę ciężko i kto wie, może to montaż nie wyjdzie i będę żałowała, że nie poszłam jednak (CHEESENESS ALERT) za głosem serca?

Za dużo myślę, zdecydowanie za dużo myślę. Za razie powinnam się skupić na tym, żeby dobrze zdać maturę, kręcić jak najwięcej filmów i że zaraz będzie u mnie Rafał, a ja jeszcze nie zaczęłam sprzątać.

Ale ale ale, uwierzcie albo nie, ale mam już plan B, gdyby filmówka nie wyszła. Taka jestem odpowiedzialna! Plan B to kognitywistyka na Uniwersytecie Warszawskim. Jeżeli nie wiecie co to jest, wikipedia jest bardzo pomocna. Żeby się tam dostać będę musiała zdać dobrze maturę rozszerzoną z matmy i angielski. Geografii nie będę musiała, ale jak zdam, to jakieś dodatkowe punkty zawsze będę miała. Jeżeli chodzi o rozszerzenie z matematyki, to dziennie mam dwa miliony wahań, czy uda mi się ją zdać, czy nie. Sama matematyka tego nie wie, bo czasem mi jest dosyć przyjazna, a czasem po prostu mnie nienawidzi. Zależy od działu, od mojego humoru, od jej humoru i od tego, czy jestem na lekcji w szkole, czy na korkach.

A teraz już kończę, bo naprawdę muszę zacząć sprzątać przy przyjściem Rafała. Niestety nie mam czasu przeczytać drugi raz tego co napisałam, więc z góry przepraszam.

ADIOOOOOOOOOS!

Wait! They don’t love you like I love you!

Mam już dowód osobisty z beznadziejną fotką i jeszcze bardziej beznadziejnym podpisem, a najgorsze jest to, że jeszcze mi się nie przydał! Właśnie wróciłam z Krakowa, krainy pełnej przepysznych drinków i chociaż kupiłam przez te 5 dni alkohol więcej razy niż przez całą resztę swojego życia, ANI RAZU nikt mnie nie poprosił o dowód! Ja nie wierzę, że wyglądałam tak bardzo na pełnoletnią. Szczególnie kiedy stoję zmęczona i bez makijażu w kolejce mam wrażenie, że można mnie pomylić z czternastolatką.

Dobra, w Krakowie było naprawdę fajne, POMIMO tego, że jako jedyna z uczestniczek miałam mocną głowę i brak powodzenia u płci przeciwnej. Potrzebowałam tego pięciodniowego odizolowania się od rzeczywistości i przemyślenia paru spraw, a przy okazji poznania paru rodaków, Brytyjczyków, Francuzów, Hiszpanów, Włochów i cholera wie kogo jeszcze. Spróbowałam Sex on the Beach i był pyszny, jednak moim faworytem jest zdecydowanie Yellow Mellow. Generalnie jestem bardzo szczęśliwa, ale teraz przejdźmy do sedna sprawy, bo przecież nie mogłabym zacząć pisać notki po tak długiej przerwie gdyby nie chodziło o jakiegoś chłopaka, prawda?

Ja naprawdę jestem jakąś emocjonalną dziwką, ale to tak na marginesie.

O Rafale już wspominałam, że poznałam go na mojej osiemnastce i że dobry z niego przyjaciel będzie. Long story short, myślałam tak cały czas, zaczęliśmy rozmawiać ze sobą coraz częściej, byliśmy jeszcze razem na jednej imprezie, gadaliśmy codziennie do 3 w nocy na facebooku, zabrał mnie do kina jako prezent urodzinowy (no na serio, lepiej trafić nie mógł! Plus jeszcze do MURANOWA a tam zobaczyłam SEBASTIANA a on mnie NIE ZAPOMNIAŁ i się do mnie UŚMIECHNĄŁ i trochę umarłam. Trochę bardzo) i oczywiście za wszystko zapłacił i potem poszliśmy w sumie razem na osiemnastkę mojego byłego chłopaka (ale nie tego dupka nad którym rozpisywałam się tutaj całe życie) i… wiecie, alkohol, emocje i takie tam sprawy. Rafał mnie pocałował i nie miałam zielonego pojęcia co zrobić ze swoim życiem, bo gdy pytałam siebie czy coś do niego czuję, czy jest dla mnie tylko przyjacielem, dostawałam mindfucku i nie byłam w stanie odpowiedzieć na pytanie.

Spotkaliśmy się potem dwa razy, za każdym razem powtarzając to co na tamtej osiemnastce, a ja nie miałam pojęcia, czy właśnie popełnia straszny błąd, czy postępuje dobrze.

Ale potem pojechałam do Krakowa i stęskniłam się za Rafałem bardziej niż za swoim łóżkiem i wszystko stało się jasne. Ja… naprawdę bardzo go lubię. Tak, bardzo bardzo. A on lubi mnie. Nie dość, że mnie lubi, jeszcze mi to okazuje i jest przy tym kochany. Rafał jest w tym momencie lepszym chłopakiem niż Mateusz kiedykolwiek był, a nawet jeszcze nie jest moim chłopakiem.

Rafał ma 194cm wzrostu i gra w zespole rockowym na gitarze elektrycznej. Na akustycznej też, jak się dowiedziałam wczoraj z zachwytem będąc na jego koncercie i widząc jak ćwiczy. Chodzi na biol-chem i jest człowiekiem, który po prostu dużo wie. Nie ze szkoły – nie jest wybitnym uczniem, z tego co się zdążyłam zorientować – ale ogólnie, z życia. Wie wiele o ludziach, zna każdy gatunek muzyki, wie co to są lity ale jednocześnie jak zrobić dobre zdjęcie i co się dzieje w sporcie. I wszyscy, ale to dosłownie wszyscy, go lubią. Jak on to robi?

Mogę z nim pogadać o cyckach i jego rzekomym homoseksualizmie (nawet nie wiecie jak mnie cieszy, że facet nie jest homofobem), ale zbiera nam się czasem także na poważne tematy, chociaż przeważnie po wódce. Pisze do mnie częściej, niż chodzę z Justyną do Maca (!) i powtarzam po raz kolejny, zabrał mnie DO KINA na urodziny! Nawet Justyna i Olka nigdy na to nie wpadły, a to jest dla mnie idealny prezent.

JEST TERAZ TAK CUDOWNIE. JESTEM TAKA SZCZĘŚLIWA.

To tyle, kochaniutcy. Być może wrócę za jakiś czas po podniecać się jeszcze Rafałem, ale nie mogę wam niczego obiecać. Tak czy inaczej, udanych reszty wakacji everybody!

Z innych newsów:

  • zdałam CEA na pieprzone B i jestem taka z siebie dumna, że możecie mi naskoczyć
  • co do Arka, pewnego wieczoru napisał do mnie pijany i cały czar prysnął. Poza tym, chłopak chyba jest alkoholikiem
  • wakacje to najwspanialsza rzecz pod słońcem

I’ll be sure it’s forever
Every sunset will be ours
Joyful sounds of your letters
There’s no need to hide